2016/10/20

Nowy członek rodziny

Od zawsze w moim życiu był jakiś kot, jednak nigdy się do nich nie przywiązywałam - każdy z nich, kiedy tylko poczuł zew natury, kończył jako naleśnik na drodze. Po stracie ostatniego futrzaka stwierdziłam, że już nigdy w moim domu kota nie będzie. Przede wszystkim z uwagi na dziecko, bo nie są to jednak stworzenia (mam na myśli koty, nie dzieci), którym w pełni można zaufać i lepiej dmuchać na zimne.

I na tym gadaniu się skończyło, kiedy pewnego wieczoru Pan Kudłaty zauważył na naszym tarasie kotka i od razu się w nim zakochał. Początkowo tylko daliśmy mu jeść i puszcziliśmy w świat. Codziennie wracał, więc zmniejszaliśmy ten dystans - najpierw siedział tylko wieczorami, później spędzał z nami całe dnie, później kontrolnie spał na ganku, aż ostatecznie został na stałe w domu. W międzyczasie zaliczyliśmy wizytę u weterynarza i okazało się, że sierściuch jest kocicą, więc została przez Pana Kudłatego ochrzczona Bellą ku czci jego najulubieńszej żeńskiej postaci z "Harry'ego Pottera" - Bellatrix Lestrange.

Na szczęście nie było problemów przy poznaniu jej z córką. Amelka bardzo się ucieszyła na widok kotki i przez pierwsze dni tupała nóżkami piszcząc przy tym z uciechy, gdy tylko ją dostrzegła. Doszło już nawet do tego, że jak jej nie zobaczy zaraz po obudzeniu się, to ją głośno woła "Ella!". Co jak co, ale jeszcze nigdy nikogo tak intensywnie nie wołała :) A Bella? Jak na razie jest w porządku wobec małej i nawet jak ta na nią przypadkiem stanęła, to skończyło się jedynie na krótkim i pełnym bólu miauknięciu.

Zdecydowanie gorzej było w relacji Pan Kudłaty - Bella. Pierwszy raz widziałam, żeby facet zachowywał się jak stereotypowa stara panna z hyziem na punkcie kotów. Godzinami trzymał ją na rękach i głaskał. Zdarzało się też, że mówił do niej w taki sposób, który wprowadzał mnie w błąd - myślałam, że jest to kierowane do mnie i jakież było moje zdziwienie, kiedy się orientowałam, że te wszystkie słówka były do kota! Całe szczęście już to zauroczenie minęło i - jak sam to określił - jest to teraz taki 'poważny związek'.

2016/10/02

Jesienny powiew świeżości

Przyszła jesień i w końcu zmotywowałam się do tego, żeby zabrać się za wygląd tego bloga. Co prawda, nie ma tutaj powalających zmian, bo jestem bardzo zadowolona z takiego układu, ale nie byłabym sobą, gdybym mimo to nie spędziła połowy nocy na gmeraniu w html'u i wymyślaniu różnych cudów. Ostatecznie dodałam prostą linię w pasku nawigacyjnym, lekko zmodyfikowałam tytuły gadżetów i zmieniłam profilówkę. Niby nic, ale od razu poczułam taką świeżość i aż chce się pisać nowe posty :)

Zaczął się październik. Miesiąc, który bardzo lubię ze względu na chłodne poranki, dynie i kolorowe liście w tym roku został wzbogacony o parę ciekawych wydarzeń - dzisiaj lecimy na Festyn Pieczonego Ziemniaka, a od czwartku zaczyna się czterodniowe otwarcie lokalnego CH, na którym koniecznie muszę być! Szczególnie, że o poświątecznych wyprzedażach mogę śmiało zapomnieć ;) A jutro jeszcze czeka mnie jednodniowe przyjęcie na szpital, coby specjaliści mogli mnie przeszkolić, jak żyć z cukrzycą. Teoretycznie glukometr nadal wskazuje normę, ale lepiej dmuchać na zimne i zmienić tryb życia. Taka odmiana na pewno mi nie zaszkodzi, a wręcz może pomóc w przyszłości (ach, te obciążenia genetyczne!).

Wczoraj udało mi się z Kudłatym wyrwać na przechadzkę po lesie tylko we dwoje. Miło jest czasem się tak wyrwać, żeby poszukać grzybów. Przy okazji miałam porobić zdjęcia, żeby je potem wrzucić na bloga, ale ledwo co złapałam kilka ujęć i rozładowała mi się bateria. Miało być dzisiaj fotograficznie, ale nie wyszło. Na pocieszenie wstawię jedno ze zdjęć, które udało mi się zrobić i bardzo mi się spodobało.