2016/04/25

Koniec nałogu

Niestety włososowa przemiana nie wyszła, bo mojemu fryzjerowi wyskoczyło inne zobowiązanie, które musiał wypełnić. W każdym razie, skoro zaczęłam pisać o nowościach w moim życiu, to nie mogę przejść obojętnie wobec jednej zmiany i to właśnie o niej postanowiłam dzisiaj napisać parę słów.

Od zawsze moim największym uzależnieniem było obgryzanie paznokci. Zmagałam się z tym problemem przez równą połowę swojego życia. Trzynaście lat to naprawdę spory szmat czasu, ale nadal doskonale pamiętam, jak to się stało, że w to wsiąkłam. Nigdy wcześniej nie miałam robionych paznokci (tak z prawdziwego zdarzenia) i kiedy na festynie szkolnym mama jednej z koleżanek miała swoje stanowisko do manicure, to od razu tam poleciałam i zażyczyłam sobie jasnoróżowe paznokcie z cekinami w kształcie serduszek. Były piękne, ale długo się nimi nie nacieszyłam. Parę dni później grałam w koszykówkę i... cóż... złamałam paznokieć. Na hali nie miałam możliwości przypiłowania odstającego pazura, więc po prostu go obgryzłam i dalej poszło samo. Parę tygodni później dotarło do mnie, że nie mam paznokci.

Wiele razy próbowałam rzucić ten nałóg, ale miałam zbyt słabą motywację. Przeważnie myślałam o tym, kiedy trafiałam w Bravo GiRL! na jakieś naklejki do paznokci, czy też lakiery. Było to jednak chwilowe. Ot, po prostu przelotny smutek, że nie mogę sobie ozdobić swoich ogryzków. Zaczęło mnie to irytować dopiero wtedy, kiedy moją dłoń przyozdobił pierścionek zaręczynowy / obrączka. No bo, jak to wygląda? Biżuteria dorosłej kobiety, a dłoń jak u jakieś małolaty? Niestety szybko się okazało, że tak silna zachęta nie wystarczyła, aby mieć ładne paznokcie. Po wielu latach były one tak słabe, że ciężko było je chociaż trochę zapuścić bez wzmacniającego ich lakieru, co w pewnym sensie działa też na psychikę, bo szkoda jest zniszczyć tak pięknie wystylizowane paznokcie. Sama nie potrafię malować paznokci (umarzę wszystko, tylko nie paznokcie), ale na szczęście na horyzoncie pojawiła się koleżanka koleżanki, która w przystępnej cenie robi hybrydy. Skusiłam się i to był strzał w dziesiątkę! Co prawda, bardzo ich nie zapuszczam w obawie przed połamaniem, ale wyglądają w końcu estetycznie i aż miło na nie patrzeć :)

2016/04/13

Same zmiany

Oho! Teraz to dopiero zniknęłam! I jak zwykle, mam teraz problem z napisaniem sensownego postu. Otworzyłam edytor i myślę, o czym ciekawym mogłabym tutaj napisać i doszłam do wniosku, że mam ochotę na lifestyle. Ostatnio ciągle towarzyszy mi chęć pisania o - tak na dobrą sprawę - niczym. Podejrzewam, że jest to w dużej mierze efektem przeprowadzki na wieś, która jest bardziej 'otwartym' miejscem. Jak widać, co i rusz ujawniają się kolejne plusy ostatnich zmian w moim życiu :) 

A teraz szykują się jeszcze kolejne zmiany - mój pokój nie zmienił się za bardzo od czasów, kiedy hm... byłam nastolatką. Co prawda, ściany parę razy były malowane na różne szalone kolory i po pierwszej wypłacie ze stażu postanowiłam wyrzucić przez okno wszystkie meble, które przez całe życie doprowadzały mnie do szału (pokój ciemny, a rodzice tymczasowo na parę lat wstawili mi tam niektóre elementy czarnej meblościanki) i wymienić je na zgrabniutkie mebelki z sosny. W każdym razie, miałam tam nie mieszkać, więc nie ładowałam pieniędzy w tutejszy kącik dziecięcy. Ot, pod ścianą było wstawione jedynie łóżeczko. Także czeka nas gruntowny remont :) Wymyśliłam podział pokoju na dwie części - w jednej będziemy my, a w drugiej będzie kącik dziecięcy. Materiały kupione i teraz tylko czekać na słońce.

Jak już tyle się w moim życiu wywróciło do góry nogami, to postanowiłam też zrobić coś ze swoim wyglądem i umówiłam się na weekend ze swoim zaprzyjaźnionym fryzjerem na metamorfozę moich kłaków. Oryginalnym pomysłem było farbowanie na marchewkowy rudy, ale im dłużej o tym myślę, to się zastanawiam, czy nie skorzystać z naturalnego koloru i zrobić sobie ombre. Umówiliśmy się na sobotę, więc na pewno jeszcze coś wymyślę. Mam tylko nadzieję, że nie zabije mnie za to niezdecydowanie.